Turniej piłkarski rocznika 2018. Trener biega przy lini, krzyczy do zawodników:

„Chcesz sobie pochodzić? To zapraszam za linię boczną. Są chętni do biegania!”

„Gdzie piłka?” „Na prawiej” odpowiada jeden z dzieciaków”, „To co robisz na lewej? Do środka schodź!”

„Józiu biegnij do przodu, biegnij”-drze się ojciec. „Pan trenuje Józia? To proszę zabrać go na inny mecz. Dobrze robi. Pozycji ma pilnować”-Drze się trener.

Jedna z matek drużyny przeciwnej pyta:  „On tak zawsze?”

„Dzisiaj jest wyjątkowo spokojny” - odpowiadam pół żartem pół serio.

„Biedne dzieci”- matka na to, patrząc na mnie ze zdziwieniem, że nie reaguję.

Zastanowiłem się w głowie: Biedne? Które? Nasze czy drużyny przeciwnej?

Ekspresja była dla tej pani ważniejsza niż to, czemu służyła.

W żadnym momencie nie skrytykował dzieciaka za nieudany drybling, podanie czy interwencję. Wręcz zachęcał, by próbować.

Czepiał się, gdy przestawali być w ruchu, gdy robili co innego niż było w założeniach, gdy rozglądali się za rodzicami.

W przerwie usiadł z nimi, podziękował za zaangażowanie i przez chwilę analizował z nimi czym się różniła gra kiedy im szło od tej kiedy nie szło. Co dawało trzymanie pozycji vs bieganie na hurra za piłką. Powtarzał jak mantrę - jeszcze dwa, trzy mecze i przełoży się to na wynik.

Ta pani nie wiedziała również tego,  co było wcześniej.

Po drugim treningu zostałem zaproszony przez trenera z moim małym gnomem i usłyszałem (upraszczam nieco przekaz): „Jemu już powiedziałem, teraz powiem Panu przy nim - ma smykałkę ale jak będzie tak się zachowywał to nie widzę go w tej drużynie.” (I tutaj opowiedział, co gnom nabroił)

Po piątym treningu znowu zostałem poproszony na rozmowę razem z młodym: „Jemu już powiedziałem, teraz powiem Panu przy nim. Wcześniej opierniczyłem, teraz pochwalę. Miło patrzeć jak zmieniła się postawa (imię)” (i tutaj jak wygląda sprawa teraz).

Dzień póżniej dostał zaproszenie na pierwszy mecz. Na pytanie czemu,  skoro inni mają dłuższy staż, trener odparł, że na treningach widać, że mu zależy więc niech się ogrywa. I ta zasada obowiązywała wszystkich.

Zadbał, by każdy dzieciak, który przykłada się do treningów mógł grać w meczach i dostał własną piłkę treningową (a dzieciaki znają zasady przydziału) - to trzeba było wywalczyć z prezesem (koszt).

Wygonił rodziców z treningu - żeby dzieci mogły skupić się na ćwiczeniach - były protesty, ale dzisiaj  rodzice karnie zostawiają dzieci i wracają je odebrać.

Poinstruował rodziców jak mają kibicować. Żadne „Józuś dajesz”, żadnych imion - można klaskać, wydawać okrzyki radości, skandować ale nie rozpraszać dzieci. Potrafi wyprosić z meczu rodzica, który się do tego nie stosuje.

To nie jest super miły, cieplutki człowiek. Nie wiem czy jego zasady przyniosą efekt, ale przekonał mnie, że mogą. Że ma pomysł a zasady czemuś służą. Co ważniejsze - dzieciaki przekonał również. Daje przykład zaangażowania dbając o odpowiednie warunki treningowe dla dzieci. Wynik ma być efektem, nie celem samym w sobie

Przegrali. Jedną bramką.

Syn nie był tym ani trochę podłamany, nie dlatego, że mu nie zależy, bo zależy mu bardzo. Jego uwaga była skierowana gdzie indziej. Tłumaczył mi strategię ustawienia na boisku.

Wieczorem przy kąpieli, oglądając siniaki, powiedział sam z siebie: Tato, fajny ten trener.

Ja, jak to ja  - musiałem odpowiedzieć po swojemu „Ten niemiły krzykacz?”

„On nie jest niemiły” usłyszałem w odpowiedzi.

I kto tu ma rację?