Na ile coachowie, trenerzy, mentorzy (dalej CTM) odpowiadają dziś na realne potrzeby klientów, a na ile przekonują klientów, że mają problem, który właśnie oni potrafią rozwiązać (w imieniu swoim lub organizacji, która ich zatrudniła)?

Układ jest prosty: 
Klient indywidualny potrzebuje CTM, by sensowniej przejść przez zmianę, coś sobie poukładać lub nabyć jakąś umiejętność. Wychodzi z procesu w subiektywnie rozumiany sposób „lepszy”.

Klient organizacyjny potrzebuje CTM, by nauczyć pracowników jakiejś kompetencji, ujednolicić umiejętności, znaleźć motywację do działania, zminimalizować skutki drenującego środowiska pracy (jak najdłużej utrzymać w dobrej, produkcyjnej formie). Nie wnikam tutaj ile jest w tym realnej dbałości o dobro pracownika.

CTM potrzebują klienta bo… bez tego ich zawód by nie istniał. I to ma swoje konsekwencje. 

W teorii dobry CTM potrzebny po to, aby z czasem przestać być potrzebnym. W praktyce im dłużej klient go potrzebuje tym dłużej CTM śpi spokojnie. 

Pomiędzy moją branżą a korporacjami jest niemy sojusz interesów. Im bardziej ludzie są w niewygodzie i poczuciu konieczności ciągłych zmian i rozwoju, które można ukierunkować, tym bardziej obu stronom się opłaca. Szkoda tylko, że człowiek łapie zadyszkę. Zamiast mieć wybór i czas na zastanowienie się, co jest dla niego dobre, dojrzeć do decyzji - goni by pociąg nie uciekł. Zaczyna to przypominać sytuację, w której człowiek kupuje 20 koszulkę, która będzie leżała w szafie bo ładnie wygląda, a po roku oddana do kontenera. 

Myślę, że zdrowiej by było, gdybyśmy pracowali zaproszeni a nie wpraszali się, by pracować. I dla nas i dla klientów. 
Rozwój jest pożyteczny i niezbędny. Czasem jednak potrzebuje ciszy, spokoju czy nawet nudy. 

Oczywiście mogę być spaczony bańką rozwojową, w której funkcjonuję - więc pytam z ciekawością - na ile dzisiaj masz poczucie, że procesy rozwojowe realnie zwiększają Twoją samodzielność a na ile wręcz przeciwnie? 
#50/50