Logo witryny norbertgrzybek.pl

Norbert Grzybek

Coaching | Warsztaty | Webinary

Wiedza nie ma płci

Wiedza nie ma płci

„W programach eksperckich dotyczących pandemii zabrakło kobiet”. Ponieważ „wiedza nie ma płci” – pod tą nazwą kobiety organizują cykl debat, w których będą występować… same kobiety. Na pierwszy rzut oka reakcja reakcja wydaje się słuszna i właściwa. Sam przyklasnąłem. Po głębszym zastanowieniu jednak zaczyna mnie co raz bardziej smucić, że w imię „wiedzy, która nie ma płci” różnicowanie pomiędzy płciami nabiera rumieńców. Coś co ma służyć równaniu szans, zarobków, przeciwdziałaniu wykorzystywaniu (co czynnie wspieram), w praktyce może nakręcać rywalizację.

Jak to się robi?

Metoda budowania wartości jednej grupy w oparciu o rywalizację z drugą jest stara jak świat. Podstawą jest zbudowanie silnej identyfikację wokół czegoś. W skali makro świetnie nadają się do tego; wiara, poglądy polityczne, kolor skóry, orientacja seksualna, płeć itd. W skali mikro – dział, zespół, firma, rola w organizacji. Następnie trzeba uświadomić ją jak bardzo inna grupa (podobnie identyfikowana): zagraża, jest uprzywilejowana, wykorzystuje itd. I przekonać, że tylko walcząc o tą identyfikację można temu przeciwdziałać. Grupa się jednoczy, zaczyna współdziałać, wspierać się, motywować. Proces ten może być pożądany przy budowaniu motywacji w oparciu o rywalizację z analogicznym działem u konkurencji (lub w sieciach sprzedaży). Równie często niestety jest destrukcyjny. W makro skali jego przykładem była wielokrotna, masowa redukcja przeludnienia (nagle ktoś przestaje być sąsiadem i staje się tym Żydem, gejem). W skali kraju przykład tego mieliśmy przy ostatnich wyborach (i wciąż aktualny). W mikro przejawia się w walkach między strukturami (szczególnie widoczne w strukturach silosowych).

Dwie strony medalu

Pojawia się coraz więcej organizacji skierowanych dla Kobiet. Część z nich walczy o coś ważnego, część korzysta z trendu by się wypromować lub po prostu zarobić. Nie mi to oceniać. Organizacje te dbają o świadomość praw, poczucie sprawstwa, odwagę do wypowiadania się, rozwój kompetencji. I dobrze. To jest potrzebne.

Jednocześnie organizacje te nawołują: Kobiety trzymajmy się razem, razem jesteśmy silne, pomagajmy sobie, jesteśmy lepsze (lub w łagodniejszej wersji: równie dobre). Ma to sens: daje poczucie wspólnoty, wsparcia, energię do działania – wzmacnia dwa najsłabsze ogniwa w walce o wpływy: pewność siebie i gotowość do konfrontacji. I jest nośne medialnie. Strzał w dziesiątkę. Kobiety podbudowane wracają do organizacji, zaczynają walczyć, dbać o prawa, organizować się. Więcej kobiet w zarządach (choć wciąż dużo mniej niż mężczyzn), które dbają, by zatrudniać inne kobiety. Firmy chcące uchodzić za odpowiedzialne wspierają ten proces. W statystykach wygląda to coraz lepie. Niestety nakręca się również różnicowanie.

O ile nie dziwię się organizacją walczącym o prawa o tyle dziwię się firmom, które z taką beztroską bardziej lub mniej świadomie wspierają różnicowanie płci wewnątrz swoich organizacji . Wiem, że to medialne, robi dobry PR, ale i tak się dziwię. A może po prostu nie rozumiem po co im kolejne zarzewia konfliktów. Gdzieś tli mi się z tyłu głowy, że nakręceni kolejną potrzebą udowodnienia czegoś ludzie (obu płci) będą pracować ciężej, starać się bardziej. Turbodoładowany biznes będzie się kręcił. Iskrząc, zgrzytając, trąc, będzie się kręcił. Mi jakoś bliżej do myślenia, że lepiej dobrze spasować tryby. Dłużej wytrzymają w dobrej formie.

W teorii równanie szans ma służyć temu, żeby kompetencje nie płeć decydowały przy doborze stanowisk i pensji. W praktyce w programach najwięcej czasu poświęca się podkreślaniu animozji płci, namawianiu do koalicji. Uczenia budowaniu świadomości kryteriów wg których osoby decyzyjne podejmują decyzje i niwelowania tych, które są biznesowo nieuzasadnione jest jak na lekarstwo. Umiejętności rozmowy gdzie filtr „płci” może być zasadny też brak. No bo są prace, do których statystycznie kobiety/mężczyźni są bardziej predysponowani. Namawianie: wspierajmy się, zatrudniajmy swoją płeć – jest de facto namawianiem do ustawiania sita płci przed kompetencjami a nie uczeniem równości podejścia. Ciekawa konstrukcja. Kiedy dojdziemy do parytetu te nawyki z pewnością znikną… już to widzę.

A może…

Może zadbać o mądrych mentorów/mentorki w organizacjach. Świadomie wzmacniać pewność siebie, umiejętność radzenia sobie w konfrontacji bezpośredniej, stawiania granic u kobiet, empatię i emocjonalność u mężczyzn (bo to statystycznie najbardziej kulejące obszary – jeżeli z badań wewnątrz organizacyjnych wynika coś innego – wzmacniać coś innego), świadomości różnic płciowych ( a nie udowadniania, że jesteśmy tacy sami), korzyści i konsekwencji za nimi stojących, rozróżniania statystyk i stereotypów od kompetencji indywidualnych i konstruktywnego rozwiązywania konfliktów. Uczyć jak uczyć innych i od innych?

Może w ogóle zdjąć płeć z afiszy i skupić się na kompetencjach wychodzenia poza ramy płci, sprawności fizycznej, grupy społecznej, wieku. Sprowadzić to do konkretnych postaw, zachowań, nawyków wewnątrz. I cierpliwie, konsekwentnie je wdrażać?

Wiem, że na tym poziomie ogólności brzmi to jak kolejna piękna, nierealna idea, ale moim zdaniem do realnego wdrożenia. O czym z chęcią porozmawiam.

ps. Fundacja Liderek Biznesu zapytała kobiety kilka lat temu, kiedy temat diversity i równości płci dopiero nabierał rozpędu, o to, kogo wolałby mieć za szefa: kobietę czy mężczyznę? Jak myślisz, jaka była proporcja odpowiedzi?

Ogarnąć home office : po co coaching cz.1

Ogarnąć home office : po co coaching cz.1

Coachingiem zajmuję się od lat, a mimo to na pytanie czym on jest wciąż nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć bez uciekania się do niewiele mówiących zwrotów o towarzyszeniu, pytaniu, psychologicznym procesie rozwojowym itd. Oczywiście każda znacząca organizacja ma jakąś swoją definicję coachingu, ale jest ona mniej więcej tak precyzyjna jak stwierdzenie, ze człowiekiem jest istota urodzona na ziemi. Dlatego opisując coaching wolę trzymać się przykładów zastosowania i możliwych efektów. Poniżej jeden z nich.

Grono osób przemęczonych rośnie. U wielu osób pracujących zdalnie dzień to nieustające mieszanie się zadań domowych z biznesowymi. Od 6 rano do późna w nocy. Klasyczny ośmiogodzinny dzień pracy jest teorią. Szczególnie dla tych, którzy są zaangażowani w swoją pracę. 

Powodów może być wiele. Strata punktu odniesienia jakim było wejście do biura i wyjście z niego (nawet jeżeli komuś zdarzało się pracować z domu). Menedżerowie wraz z brakiem możliwości patrzenia ile człowiek siedzi za biurkiem jakby stracili umiejętność szacowania, ile dana praca zajmuje i wrzucają zadania nadmiarowo. Z jakiś powodów zajechanie człowieka w trudnych czasach traktują jako mniej groźne od niedoszacowania jego możliwości. Pracownicy, nieprzyzwyczajeni do zadaniowego rozliczania nie do końca wiedzą jak się do tego odnieść. Małymi lub większymi krokami naciągają granice swoich możliwości, udowadniając, że da się. Do tego dochodzi ambicja („Ja nie dam rady?”). Wydaje się, że inni dają radę to ja też muszę (kluczowym zwrotem jest tu „wydaje się” ). Strach przed stratą pracy, byciem tym (tą) który/a się nie przystosował/a w nowym systemie pracy. Znaczy się głupszy, mniej elastyczny. Frustracja rośnie. Stres rośnie. Poczucie bezradności. I świadomość, że jak czegoś nie zmienię, to długo nie pociągnę. 

Niektórzy próbują zmienić pracę, co często niewiele zmienia. Inni grzebią w poradnikach, webinarach. Tutaj podpowiedzi jest wiele. Bądź bardziej mindfulness, zwiększ asertywność, lepiej planuj czas, improwizuj, zapisuj zadania i to, ile Ci zajęły, otaczaj się tylko ludźmi, którzy Cię wzmacniają, pracuj na silnych stronach, ucz się, rozwijaj, stosuj techniki relaksacyjne, znajdź w sobie dziecko itd. Metody w samym swoim założeniu całkiem sensowne i uzasadnione. Z pewnością wielu osobom pomogły. W Twoim przypadku jednak, nawet jeżeli przynoszą ulgę, pozwalają łapać oddech, nie rozwiązują jednak problemu. Asertywność jest fajna, ale szefowi nie odmówię, bo boję się, że stracę pracę. Kolegów z pracy nie wybieram. Silne strony super, ale nie ja wyznaczam sobie zadania. Każda zmiana niesie za sobą ryzyko. Utrata pracy, relacji, jeszcze większy wysiłek i brak gwarancji sukcesu czy co tam jeszcze wymyślisz. A frustracja i stres rosną. Poczucie bezradności też. I świadomość, że jak czegoś nie zmienię, to długo nie pociągnę. 

Całkiem często w życiu jest tak, że brak jednoznacznie dobrego rozwiązania. Stajemy w miejscu, w którym każdy wybór, każda zmiana, niesie za sobą możliwość konsekwencji, których zdecydowanie nie chcemy. Robimy coraz więcej tego, co i tak nie przynosi efektów ( żeby mieć poczucie, że w ogóle coś robimy) i czujemy się coraz bardziej tym zmęczeni. Wtedy właśnie może przydać się proces coachingowy. 

Dobry proces coachingowy pomaga podjąć decyzję co dalej i wytrwać w niej. Powala nazwać w imię czego chcesz ją podjąć. Może ułatwić Ci wypracowanie najlepszej dla Ciebie metody pracy w nowych warunkach. Pomóc zdefiniować granice, sposób komunikacji z szefem, współpracownikami, rodziną, sobą samym/samą. Czasem będzie to zmiana fundamentalna, czasem na poziomie detali, które robią różnicę. Czasem nic nie zmienisz poza swoim nastawieniem. Nie mam bladego pojęcia czy będzie to bardziej mindfulness, asertywne, poukładane czy improwizacyjne. Z pewnością bardziej Twoje, z większą świadomością korzyści, konsekwencji i determinacją do realizacji.

ps.

O coachingu warto pomyśleć nie dlatego, że coś z nami jest nie tak, tylko, dlatego, że jeszcze wszystko jest w porządku i chcemy, by tak było dalej. 

Ile ja muszę…

Ile ja muszę…

Czuję się co raz bardziej ubezwłasnowolniony. Pracą, kredytami, rutynami domowymi, oczekiwaniami ze strony szefa, rodziny, znajomych. Często niewypowiedzianymi, wiem jednak że muszę się do nich dopasować żeby jakoś żyć, gdzieś pasować. Muszę to, muszę tamto. Słyszę to na tyle często, że powróciłem do materiału, który zacząłem pisać jakiś czas temu…

Wiara

Głęboko wierzę, że nie muszę, że to co robię jest kwestią wyboru. Czasami pomiędzy kilkoma równie nieciekawymi rozwiązaniami, ale zawsze wyboru. Wiem, brzmi to jak chwytliwe hasło rozwojowe, do tego mało wiarygodne, ale już tłumaczę co w moim rozumieniu za nim stoi. Sprawdź, czy w Twoimi również.

Co musisz? Uśmiechać się do klientów? Przytakiwać szefowi? Chodzić do pracy codziennie? Daj spokój. Tyle ludzi nie chodzi, bo im się nie chce – wystarczą im dwa piwka z rana i świat staje się piękniejszy. Nie musisz chodzić do tej roboty, ale chodzisz, bo wizja szukania nowej jest bardziej przerażająca. Nie musisz słuchać szefa, który Cię łaja, ale wolisz to, od ryzyka konfrontacji. Nie musisz pracować po nocach, ale poświęcasz się dla utrzymania wizerunku lub zarobków. W sumie zarabiać też nie musisz. Możesz być na garnuszku rodziny, żywić się resztkami, znaleźć bogatego partnera itd., wolisz jednak zarabiać, bo chcesz wieść życie zgodne z jakimś wzorcem. Z podobnego powodu „musisz” znosić to, że on przychodzi kolejny raz zachlany do domu, albo to, że ona traktuje Cię jak śmiecia, bo nie stać Was na samochód lepszy niż ma sąsiad. Nie musisz wstawać w nocy do dzieci, ale chcesz myśleć o sobie jako o troskliwym rodzicu. „Musisz”, bo inne działanie naruszałoby Twój obraz matki, ojca, męża, żony, pracownika. Byłoby wbrew Twoim zasadom, rozumieniu tego co wolno a co nie. Często nawet się nad tym nie zastanawiasz. Musisz.

Ps. Dyskusyjna pozostaje kwestia potrzeb fizjologicznych, choć jak ktoś nie chce, to sobie gumką zawiąże, kropelką zaklei, zaszyje. Konsekwencji wolę nawet nie rozważać, ale teoretycznie można…

Sprawdź

Zrób szybki test. Wybierz jedną rzecz, którą musisz, a która Cię frustruje. W pierwszym odruchu chciałem błagać, by odpuścić sobie „pójść do toalety po obiedzie”, ale po namyśle nie błagam. Każdy niech pracuje nad tym, co dla niego ważne. Więc wybierz jedną rzecz, którą musisz. Masz już? Zastanów się chwilę nad odpowiedziami na pytania: co ważnego zyskujesz dla siebie kiedy decydujesz się zrobić to co musisz. Co ważnego dla Ciebie będzie zagrożone jeżeli przestaniesz to robić?

Wiesz już czemu się zgadzasz?

Nic nie muszę, ale ma to swoje konsekwencje.

Dr Noni Hofner często mówi o tym, że wszyscy ludzie przychodzą do niej z jednym i tym samym problemem: droga terapeutko pomóż mi znaleźć rozwiązanie, które pozwoli mi zachować korzyści ze zmiany (lub tkwienia w obecnej sytuacji) ale usunie konsekwencje, których najbardziej się boję.

Możesz traktować to jak rozwojowe pitolenie, ale to, co robisz przez całe życie, to dokonujesz wyborów. Nawet kiedy wydaje Ci się, że musisz to też wybierasz. Jedne są łatwiejszych inne trudniejsze, bardziej lub mniej przemyślane. Czasem nawykowe. Unikanie wyboru, działanie „na głupola” też jest wyborem. Niby drobiazg. Zmiana w semantyce. Dla niektórych tylko zabawa słowna. Niesie jednak za sobą istotną różnicę: ułatwia nazwanie powodu, dla którego zgadzasz się robić to, co robisz i tak jak robisz (bo zgadzasz się skoro uznajesz, że musisz). A stąd krok do odzyskiwania decyzyjności, poczucia wpływu, ewentualnej decyzji o zmianie.

Czasami, to, że decydujesz, że coś musisz jest przejawem zdrowego rozsądku, bo większość z tych, którzy „nie musieli” poszła na dno. Czasem „muszenie” wynika z nawyków, przyzwyczajeń. Czasem lenistwa, pogodzenia się z tym, że to nie Twoje decyzje. Czasem wszystkiego po trochu. Nie da się nad tym zastanawiać bez przerwy, ale raz na jakiś czas warto. Szczególnie jak zaczynasz czuć, że co raz więcej z tego co robisz musisz i frustracja rośnie.

To tylko koncepcja

Znajdą się pewnie tacy, dla których to o czym napisałem wyda się zbyt banalne lub teoretyczne. I pewnie mają swoje racje. Sam się wkurzam, kiedy słyszę „nic nie muszę” jako usprawiedliwienie lenistwa, braku odpowiedzialności, głupoty. Dlatego postanowiłem podzielić się podejściem, które mi się sprawdza. Nie rozwiązuje wszystkich problemów życia, ale pozwala w mniejszym stopniu frustrować się tym, czym frustrować się moim zdaniem nie warto i skupiać się na odzyskiwaniu swobody tam gdzie mi na niej zależy. Bo ile można się wkurzać na to, że pada a ja akurat muszę iść do sklepu…

Po co odbierać wzrok?

Po co odbierać wzrok?

Odebranie wzroku jest jednym z mocniejszych doświadczeń. Jakakolwiek aktywność wymaga szeregu zmian w strategiach działania, myślenia, podejścia do zadań, sposobu korzystania z pozostałych zmysłów. Nie wierzysz? To niezależnie od tego, gdzie jesteś, zamknij oczy po przeczytaniu tego akapitu i nie otwieraj ich dopóki nie wykonasz zadań w kolejności: skorzystaj z toalety, obliż palce, napij się herbaty/kawy, podbiegnij do najbliższego lustra, popraw fryzurę. Sprawdź jeszcze o której odjeżdża najbliższy pociąg z Krakowa do Warszawy. Otwórz oczy.

I jak wrażenia?

Jak znam życie kilka osób wykonało zadania, kilka zaczęło, znakomita większość tylko o nich pomyślała. Niezależnie od tego, do której grupy należysz, jeżeli zrobiłeś(łaś) cokolwiek więcej niż tylko przeskanowanie tekstu, prawdopodobnie pojawiła się jakaś zmiana perspektywy, nowy sposób spojrzenia na codzienne czynności, własne możliwości, gotowość do wchodzenia w nowe. Tego rodzaju doświadczenia mogą być ciekawym poligonem do odkrywania własnych strategii uczenia się w zmiennych warunkach. Można ćwiczyć je w domu lub na ulicy, choć niesie to za sobą ryzyko kontuzji. Można też skorzystać z bezpiecznego laboratorium jakim jest Niewidzialna Wystawa

Niewidzialna Wystawa jest miejscem znanym od lat na mapie Warszawy. Pozwala w mikroskali doświadczyć świata w ciemności. Znakomita większość osób zwiedzających mówi o niesamowitym wrażeniu, jakie na nich wywarła i emocjach mu towarzyszących. Nie dziwię się, sam miałem podobne odczucia. Niestety najczęściej na tym się kończy. A szkoda, bo to świetne miejsce by wyciągnąć więcej. By obserwować swoje podejście do odkrywania, uczenia się i jak zmienia się w czasie swoboda i odwaga do eksplorowania. Samodzielnie lub w towarzystwie rodziny (wtedy często słychać poważne głosy rodziców przyklejonych do ścian „ostrożnie Jadziu, chodź pomału, bo się uderzysz”, „Grzesiu trzymaj się mnie mocno”, „ Franek, Franek, gdzie jesteś..”) lub przyjaciół.

Aktualnie, w pandemicznym zwariowanym okresie zarezerwowanie terminu dla grupy zamkniętej jest całkiem realne (a ryzyko pewnie porównywalne co  na zakupach w sklepie). Pierwszy raz warto skorzystać z klasycznego przejścia. Przy kolejnych wizytach można spokojnie wynegocjować z przewodnikiem więcej swobody w działaniu (ja najczęściej współpracuję z Sebastianem Grzywaczem).

Z perspektywy biznesu może to być wyjątkowy poligon doświadczalny, na którym można ćwiczyć dobre nawyki pracy zespołowej, reagowania na sytuacje nieprzewidziane, umiejętności komunikacji, kompetencje zarządcze. Bez wymyślania skomplikowanych gier, na prostych zadaniach, takich jak np. zrobienie kilku kanapek z pasztetem. 

Sam często korzystam z Niewidzialnej Wystawy jako składowej warsztatów dla coachów, menedżerów, trenerów. Pretekstem jest rozwój innych, a wnioski i efekty… cóż, już ich pytajcie. 

Więc po co odbierać sobie czasem wzrok? 

Po zmianę perspektywy, refleksje, zatrzymanie się w biegu, trening elastyczności, naukę jak uczyć siebie i innych. Po… choć w sumie nie, nie będę więcej dodawał. Zmierz się z ćwiczeniem z początku tekstu. Jak nie znajdziesz powodu – ja tym bardziej tego nie zrobię. 

Czas gasić światło i iść spać.

Dobrej nocy.

Uwolnić się od małych ludzików

Uwolnić się od małych ludzików

Chwytające za serce sentencje i opowieści niczym przypływy spływają na mnie regularnie przez FB. Niektóre całkiem oryginalne, zaskakujące, skłaniające do przemyślenia natury swojej relacji innymi. Inne podłączające się po prostu do modnego ostatnio nurtu: ignoruj tych, którzy Ci przeszkadzają, „bądź ponad to” itd.. Ostatnio fala wyrzucała na brzeg coś, co wiele osób uznało za złoto. Choć może tylko się świeci?

Opowieść

Zacznę od opowieści ponieważ nie wszyscy muszą ją znać, a warto wiedzieć o czym mowa. Całe szczęście jest krótka więc przytoczę ją dosłownie w wersji takiej, która najczęściej docierała do mnie w postach.

Jedynym ptakiem, który odważy się zblizyć do orła jest kruk. Siada na plecach i dziobie szyję. Orzeł jednak nie reaguje, ani nie walczy z krukiem; nie traci czasu ani energii. Po prostu rozwinie skrzydła i zaczyna wznosić się wyżej w niebiosach. Im wyższy lot, tym trudniej krukowi oddychać i spada z powodu braku tlenu. Przestań marnować czas na kruki. Wznieś je na swoje wyżyny, a one znikną…… Kiedy chcesz pozbyć się ” balastu „… podnieś ” poziom „. To jedyny sposób, aby uwolnić się od bezużytecznych i małych ludzików!!!

zaczerpnięte z wpisu użytkownika Thad Orl. Nie podano autora.

Daj sobie chwilę by zastanowić się nad jej sensem ( chociażby po to, żeby nie przyjmować na wiarę tego, co przeczytasz).

Już? To zapraszam Cię do mojej opowieści o tej opowieści. Przyznaję, że społeczny odbiór tej bajki mocno mnie zaskoczył. Do tego stopnia, że odbyłem kilka ciekawych rozmów. Bajka trafiła na podatny grunt. Rozmówcy mówili o dużym zmęczeniu wyborami, przepychankami z „idiotami” w pracy i życiu codziennym. Opowieść trafiła w tęsknotę za tym, by to wszystko dookoła nie dotykało ich tak bardzo. By jak ten orzeł móc nie przejmować się ludźmi dookoła. Nie dziwię się. Opowieść jest kusząca. Orzeł ma dobry PR, wolność, swobodę, te sprawy. Musi być dobry. Czy jednak na pewno tak jest?

Zacznijmy od końca.

Zacznę od końca, bo puenta oddaje stosunek autora do osób, które mogą być w jakiś sposób niewygodne. „To jedyny sposób, aby uwolnić się od bezużytecznych i małych ludzików!!!„. Stosunek bardzo popularny chociażby w dzisiejszej polityce (wiem, że wchodzę na grząski grunt, ale po twardym nie zawsze się da). Świetnie oddaje to jak „inteligencja” podchodziła przez lata do „ciemnego” społeczeństwa. Jeszcze lepiej to jak obecna władza traktuje „inteligencję” czy temat LGBT. To w skali makro. A w skali mikro? Ilu takich orłów chodzi w Twojej organizacji po korytarzach? Pewnych siebie, z wysokim współczynnikiem samozajebistości, dla których ludzie są tylko elementami układanki, którymi nie trzeba się specjalnie przejmować? Można mówić, że taki jest biznes, polityka, życie. Można, choć ja uważam, że biznes i polityka będą takimi jakimi pozwolimy im być, a tego rodzaju hasła rozwojowe nie sprzyjają dobrej koegzystencji.

Bajka niebajka

Sama bajka jest mieszanką wiedzy ornitologicznej popartej opiniami fachowców z wyobraźnią autora. Prawdziwe jest zdjęcie, również to, że krukowatym zdarza się czasem przysiąść na orle, a orzeł to ignoruje. Rozwiązanie problemu, choć wygląda na prawdziwe, niestety jest tworem fantazji autora mającym prowadzić do pożądanych przez niego wniosków. Najczęściej skutecznie, co nie powinno dziwić przy obecnej tendencji do flashowego czytania i udostępniania dalej bez zastanowienia nad tym, co się puszcza. Wracając do realiów i opinii ornitologów: skoro orzeł nie chce marnować energii na kruka, to tym bardziej nie będzie jej marnował na niepotrzebne wznoszenie. Będzie robił swoje. Najprawdopodobniej polował. Tylko to już nie brzmi tak dobrze jak „wznieś się na swoje wyżyny a one znikną” (kruki). W życiu „kruki” znikają i pojawiają się regularnie. Bardziej lub mniej cwane. Ciągłe podnoszenie poziomu spowoduje, że w końcu sam orzeł zacznie się dusić.

Z punktu widzenia wrony

Można spojrzeć na przekaz z jeszcze innej strony. Jaki może być powód, dla którego wrona (bo raczej wrona jest na zdjęciu) postanowiła skubać orła po karku. Oczywiście może być nieco trzepnięta i wymarzyła sobie orła jako przystawkę do wątróbki z lisa ( podobno chcieć to móc). Może również robić to dla sportu (co się podobno zdarza). Najprawdopodobniej jednak chroni gniazdo przed intruzem. Orła jednak to nie interesuje, pozbywa się wrony i dalej robi swoje. Koronę temu kto powie, kto jest w tym układzie jednoznacznie intruzem. W świecie zwierząt to naturalne. W biznesie powszechne (żaden z dużych dyskontów wchodzących na rynek nie rozczulał się nad losem małych sklepików), czy jednak zasadne w działaniach codziennych? Tak się zastanawiam jaki procent osób, które dzisiaj uważasz za „upierdliwe wrony” chcą im zatruć życie dla sportu, a ile na swój sposób chroni gniazda (nawet jeżeli ty przelatujesz obok tylko przypadkiem). I co z tego może wynikać w podejściu do relacji z nimi.

Jak wysoko?

Chodzi mi po głowie jeszcze jedna refleksja. Orzeł wzbijając się wyżej i wyżej, kiedy udusi już wszystkie wrony, kruki inne aktualnie bezużyteczne stworzenia, w końcu zostanie sam. Może to jeden z powodów tego, że tylu ludzi dzisiaj cierpi na samotność…

ps. Jeżeli nadepnąłem jakiemuś orłowi na ogon – przepraszam. Choć z drugiej strony – mógł latać wyżej….

Webinary: gra w niebo – piekło

Webinary: gra w niebo – piekło

Platformy do spotkań online przeżywają swój złoty okres. ClickMeeting chwali się, że w marcu 2020 liczby wydarzeń na platformie wzrosła o 1156%. Teams w tym samym okresie mówi o 75mln aktywnych użytkownikach dziennie. Zoom: 300 mln spotkań na dobę. Duża część z tych statystyk dotyczy różnego rodzaju procesów rozwojowych. Patrząc na to jak są organizowane – mam poczucie, że na zdrowie wyjdą tylko tym organizacjom, które myślą w perspektywie długoterminowej o rozwoju. I w kategoriach innych niż tylko oszczędności i wygoda. Czemu?

Jest się czym zachwycać

Z perspektywy narzędziowej jest się czym zachwycać. Konieczność pracy zdalnej wpłynęła na jakościowy skok w funkcjonalnościach i dostępności narzędzi do komunikacji online. Firmy oferujące takie narzędzia dobrze odrobiły pracę domową w walce o klienta: możliwość zdalnego łączenia w grupy, zabezpieczania, udostępniania ekranów, zarządzania mikrofonem, kamerą, konfiguracji widoków, dostępności na różnych urządzeniach, płynności działania itd. Aplikacje są bezpłatne albo płatne symbolicznie w stosunku do możliwości i skali wykorzystania. Odpada konieczność wynajmowania sal szkoleniowych, organizacji noclegów, o katering uczestnicy dbają sami (jak robią to zbyt ostentacyjnie można wyłączyć im kamerę). Po kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu godzinach przymusowej pracy przez Zoom czy Teams człowiek siłą rzeczy zaczyna oswajać się z narzędziem, nabiera wprawy, uczy się jak korzystać z niego bardziej efektywnie. Szczególnie jeżeli narzędzia stają się co raz lepsze. W ciągu trzech miesięcy wyszkoliła się olbrzymia grupa użytkowników potrafiących całkiem sprawnie korzystać z drzemiących w nich możliwości.

Oficjalnie

  • Uczestnicy mówią: to jest dobre. Siadam w ustronnym miejscu, czasem w domu, czasem w parku, mam czas, oglądam na żywo, nie mam – obejrzę później nagranie.
  • Trenerzy mówią: to jest dobre. Mniej przejazdów, drukowania materiałów, łatwa zarządzalność uczestnikami, odwołane/przełożone szkolenia nie bolą tak bardzo. Jeżeli warsztat wypada w połowie urlopu – nie ma problemu, wystarczy że zabiorą laptop. Nawet jeżeli na początku psioczyli, że czegoś się nie da uruchomić ( takie drobiazgi jak proces grupowy, dynamika ) to już podobno się da. Nawet certyfikację z coachingu czy kompetencji trenerskich.
  • Organizacje mówią: to jest dobre. Możemy dbać o rozwój pracowników. Jest duuuużo taniej i prościej logistycznie. Nie trzeba rezerwować sal, rozliczać delegacji. Pracownicy zadowoleni, trenerzy też, oszczędności olbrzymie – więcej, więcej, dawać!

Przynajmniej oficjalnie.

Mniej oficjalnie

W trakcie wielu rozmów, które przeprowadziłem w ciągu ostatnich miesięcy zarówno z pracodawcami jak i pracownikami ( tak się składa, że żyję w dobrych relacjach z jednymi i drugimi ) stworzył mi się obraz, który skłania mnie do powściągliwości w huraoptymizmie. Oczywiście są w nim trenerzy, którzy odrobili pracę domową i sensownie przerzucili do sieci to, co dało się przerzucić. Tacy, którzy w pogoni za zadowoleniem sponsora nie stracili z oczu użytkownika. Znam organizacje, które oparły się pokusie maksymalnych oszczędności i już myślą jak budować procesy mieszane. Są uczestnicy, którzy niezależnie od formy starają się wycisnąć z trenera ile się da. Są jednak w mniejszości. Dominanta umiejscowiona jest gdzie indziej.

Uczestnicy chcą mieć święty spokój. I wreszcie go mają. Szczególnie, jeżeli na szkolenia trafiali z rozdzielnika. Do tej pory, nawet jeżeli temat ich nie interesował, musieli dowlec się na salę i coś tam ze sobą zrobić. Teraz siadają w ulubionym fotelu w ciepłych papuciach, wystarczy, że wyłączą kamerę i mogą bezpiecznie przysnąć lub pogadać z gośćmi ( sam wielokrotnie takim gościem byłem ). Nikt się nie czepia, że w międzyczasie odpisują na SMSy, maile, oglądają filmik. Czasami nawet obiad zdążą upichcić. Odfajczone bez wychodzenia z domu. Przy pojedynczych wydarzeniach szkoleniowych trener nijak nie może zweryfikować nabytych umiejętności. A o tym, by robić z webinarów proces cykliczny przeplatany zadaniami rozliczanymi przez np. menedżerów, niewiele organizacji myśli.

Firmy dostrzegły olbrzymie oszczędności i mają ich dobre uzasadnienie. Przerzucają więc do online wszystko, niezależnie od sensowności. Szkolenie dostarczone, jesteśmy kryci. Resztą nie ma się co martwić na zapas. Dopóki pracownicy nie narzekają za bardzo, cieszmy się oszczędnościami. Już to kiedyś widziałem, ale o tym później.

Trenerzy chcą mieć na chleb i doskonale wiedzą, że z klientem nie ma co dyskutować. Chce mieć online – dostanie online. Nie będą torpedować zarobków pokazywaniem konsekwencji, bo klient wybierze kogoś innego. Ich zadaniem jest przekonać klienta, że w sieci i na sali są tak samo skuteczni. Dla wielu nawet w to graj. Wstają 8:45, przetrą ropień z oka, ubiorą do połowy i o 8:58 są uśmiechnięci „na sali”. Kiedyś jeden dzień = jeden warsztat. Dzisiaj potrafią obskoczyć 2 lub 3.

Zyski/oszczędności, zamiast być efektem działań rozwojowych, uzyskiwane są ich kosztem. To tak jakby w ramach oszczędności lać do baku benzynę z coraz to mniejszą liczbą oktanową. Na krótką metę oszczędności wynikające z takich działań mogą wyglądać dobrze, jak jednak wpłyną na sprawność i dynamikę samochodu w dłuższej perspektywie czasu?

Już to kiedyś widziałem

Jest rok 2001. Właśnie zaczął się prawdziwy boom na rozwiązania e-learningowe. I słusznie – bo potencjał w nich drzemiący jest olbrzymi. Możliwość dotarcia do wielu osób w tym samym czasie, z tą samą, powtarzalną informacją, edukacją w wybranym przez siebie, odpowiednim momencie itd. Prosta logistyka – wystarczy dostęp do komputera i sieci. Przy odpowiedniej skali – niższe koszty edukacji. Uczestnicy traktowali to jako ciekawą nowość i odskocznię od różnej jakości szkoleń na sali. Wtedy nie było przymusu, ale firmy i tak rzuciły się jak szalone do przenoszenia czego się da w sieć.

Kilka lat później w wielu organizacjach platformy LMS pracownicy traktują już jak zło konieczne. Sklecone na prędce prezentacje, niejednokrotnie po 100 slajdów, BHP, wszystko co niewygodne – dawaj w e-learning i test na koniec. Byle było szybko i tanio. Szkolenia stały się czymś do przeklinania i zaliczenia. Firma miała czyste ręce, bo dostarczyła, uczestnicy – bo zaliczyli. Na drugim końcu skali były przeładowane „wodotryskami” 30 min materiały, których wartość merytoryczną można było zawrzeć na jednej stronie. Miały robić woow i woow robiły. Najczęściej tylko za pierwszym, drugim razem. Pomiędzy było całe spektrum animowanych gadających główek. Jeżeli ktoś jeszcze do tego dorzucił czasowe blokowanie klawisza dalej ( bo uczestnik na szkoleniu musi spędzić np.10 godzin ) to wyłania się dosyć smutny obraz edukacji online.

Uczestnicy zaczęli się coraz mocniej domagać powrotu szkoleń tradycyjnych, w efekcie czego materiał niejednokrotnie był dublowany a koszty wzrastały. Nie dlatego, że narzędzie było złe, bo nie było. Dlatego, że proces podporządkowany był optymalizacji kosztów, wygodzie i PR. A te nie idą w parze z realnym rozwojem.

Webinary są super

W webinarach, podobnie jak całej edukacji online, drzemie olbrzymi potencjał, błędem jednak jest przekładanie do nich 1:1 procesów z sali szkoleniowej. Dobrze sprawdzają się w formie krótkich spotkań. Na szybko – by przedyskutować jakiś jeden konkretny temat lub w formie cyklicznej, przy tematach bardziej skomplikowanych ( wtedy koniecznie przeplatanych pracą indywidualną ). Nagrywane odpowiednio, przycięte, opisane i skompilowane mogą docelowo stanowić solidną bazę wiedzy. Wzbogacać e-learning. Możliwości jest wiele. Wszystkie wydają się proste i oczywiste, jeżeli jednak organizacja myśli o czymś więcej niż łataniu dziur i działaniach ad hoc, ułożenie ich w sensowną całość takie proste już nie jest.

Korzystajmy, nie powielając grzechów wdrażania e-learningu.

Ps.

W ciągu ostatnich 18 lat miałem okazję projektować i wdrażać kilka platform szkoleniowych. Produkowałem też materiały na nie. Nawet kiedy więcej czasu spędzałem na sali szkoleniowej, rozmawiałem z ludźmi o tym, jak korzystają z wewnętrznych platform edukacyjnych. Powyższy tekst jest apelem o rozsądek, skierowanym do osób odpowiedzialnych za wdrażanie programów rozwojowych. Być może dla niektórych banalnym i oczywistym, ale zdecydowałem się go napisać po interesującej rozmowie, w której usłyszałem: „Norbert o rzeczach oczywistych też warto raz na jakiś czas napisać”.