Logo witryny norbertgrzybek.pl

Norbert Grzybek

Coaching | Warsztaty | Webinary

Ogarnąć home office : po co coaching cz.1

Ogarnąć home office : po co coaching cz.1

Coachingiem zajmuję się od lat, a mimo to na pytanie czym on jest wciąż nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć bez uciekania się do niewiele mówiących zwrotów o towarzyszeniu, pytaniu, psychologicznym procesie rozwojowym itd. Oczywiście każda znacząca organizacja ma jakąś swoją definicję coachingu, ale jest ona mniej więcej tak precyzyjna jak stwierdzenie, ze człowiekiem jest istota urodzona na ziemi. Dlatego opisując coaching wolę trzymać się przykładów zastosowania i możliwych efektów. Poniżej jeden z nich.

Grono osób przemęczonych rośnie. U wielu osób pracujących zdalnie dzień to nieustające mieszanie się zadań domowych z biznesowymi. Od 6 rano do późna w nocy. Klasyczny ośmiogodzinny dzień pracy jest teorią. Szczególnie dla tych, którzy są zaangażowani w swoją pracę. 

Powodów może być wiele. Strata punktu odniesienia jakim było wejście do biura i wyjście z niego (nawet jeżeli komuś zdarzało się pracować z domu). Menedżerowie wraz z brakiem możliwości patrzenia ile człowiek siedzi za biurkiem jakby stracili umiejętność szacowania, ile dana praca zajmuje i wrzucają zadania nadmiarowo. Z jakiś powodów zajechanie człowieka w trudnych czasach traktują jako mniej groźne od niedoszacowania jego możliwości. Pracownicy, nieprzyzwyczajeni do zadaniowego rozliczania nie do końca wiedzą jak się do tego odnieść. Małymi lub większymi krokami naciągają granice swoich możliwości, udowadniając, że da się. Do tego dochodzi ambicja („Ja nie dam rady?”). Wydaje się, że inni dają radę to ja też muszę (kluczowym zwrotem jest tu „wydaje się” ). Strach przed stratą pracy, byciem tym (tą) który/a się nie przystosował/a w nowym systemie pracy. Znaczy się głupszy, mniej elastyczny. Frustracja rośnie. Stres rośnie. Poczucie bezradności. I świadomość, że jak czegoś nie zmienię, to długo nie pociągnę. 

Niektórzy próbują zmienić pracę, co często niewiele zmienia. Inni grzebią w poradnikach, webinarach. Tutaj podpowiedzi jest wiele. Bądź bardziej mindfulness, zwiększ asertywność, lepiej planuj czas, improwizuj, zapisuj zadania i to, ile Ci zajęły, otaczaj się tylko ludźmi, którzy Cię wzmacniają, pracuj na silnych stronach, ucz się, rozwijaj, stosuj techniki relaksacyjne, znajdź w sobie dziecko itd. Metody w samym swoim założeniu całkiem sensowne i uzasadnione. Z pewnością wielu osobom pomogły. W Twoim przypadku jednak, nawet jeżeli przynoszą ulgę, pozwalają łapać oddech, nie rozwiązują jednak problemu. Asertywność jest fajna, ale szefowi nie odmówię, bo boję się, że stracę pracę. Kolegów z pracy nie wybieram. Silne strony super, ale nie ja wyznaczam sobie zadania. Każda zmiana niesie za sobą ryzyko. Utrata pracy, relacji, jeszcze większy wysiłek i brak gwarancji sukcesu czy co tam jeszcze wymyślisz. A frustracja i stres rosną. Poczucie bezradności też. I świadomość, że jak czegoś nie zmienię, to długo nie pociągnę. 

Całkiem często w życiu jest tak, że brak jednoznacznie dobrego rozwiązania. Stajemy w miejscu, w którym każdy wybór, każda zmiana, niesie za sobą możliwość konsekwencji, których zdecydowanie nie chcemy. Robimy coraz więcej tego, co i tak nie przynosi efektów ( żeby mieć poczucie, że w ogóle coś robimy) i czujemy się coraz bardziej tym zmęczeni. Wtedy właśnie może przydać się proces coachingowy. 

Dobry proces coachingowy pomaga podjąć decyzję co dalej i wytrwać w niej. Powala nazwać w imię czego chcesz ją podjąć. Może ułatwić Ci wypracowanie najlepszej dla Ciebie metody pracy w nowych warunkach. Pomóc zdefiniować granice, sposób komunikacji z szefem, współpracownikami, rodziną, sobą samym/samą. Czasem będzie to zmiana fundamentalna, czasem na poziomie detali, które robią różnicę. Czasem nic nie zmienisz poza swoim nastawieniem. Nie mam bladego pojęcia czy będzie to bardziej mindfulness, asertywne, poukładane czy improwizacyjne. Z pewnością bardziej Twoje, z większą świadomością korzyści, konsekwencji i determinacją do realizacji.

ps.

O coachingu warto pomyśleć nie dlatego, że coś z nami jest nie tak, tylko, dlatego, że jeszcze wszystko jest w porządku i chcemy, by tak było dalej. 

Ile ja muszę…

Ile ja muszę…

Czuję się co raz bardziej ubezwłasnowolniony. Pracą, kredytami, rutynami domowymi, oczekiwaniami ze strony szefa, rodziny, znajomych. Często niewypowiedzianymi, wiem jednak że muszę się do nich dopasować żeby jakoś żyć, gdzieś pasować. Muszę to, muszę tamto. Słyszę to na tyle często, że powróciłem do materiału, który zacząłem pisać jakiś czas temu…

Wiara

Głęboko wierzę, że nie muszę, że to co robię jest kwestią wyboru. Czasami pomiędzy kilkoma równie nieciekawymi rozwiązaniami, ale zawsze wyboru. Wiem, brzmi to jak chwytliwe hasło rozwojowe, do tego mało wiarygodne, ale już tłumaczę co w moim rozumieniu za nim stoi. Sprawdź, czy w Twoimi również.

Co musisz? Uśmiechać się do klientów? Przytakiwać szefowi? Chodzić do pracy codziennie? Daj spokój. Tyle ludzi nie chodzi, bo im się nie chce – wystarczą im dwa piwka z rana i świat staje się piękniejszy. Nie musisz chodzić do tej roboty, ale chodzisz, bo wizja szukania nowej jest bardziej przerażająca. Nie musisz słuchać szefa, który Cię łaja, ale wolisz to, od ryzyka konfrontacji. Nie musisz pracować po nocach, ale poświęcasz się dla utrzymania wizerunku lub zarobków. W sumie zarabiać też nie musisz. Możesz być na garnuszku rodziny, żywić się resztkami, znaleźć bogatego partnera itd., wolisz jednak zarabiać, bo chcesz wieść życie zgodne z jakimś wzorcem. Z podobnego powodu „musisz” znosić to, że on przychodzi kolejny raz zachlany do domu, albo to, że ona traktuje Cię jak śmiecia, bo nie stać Was na samochód lepszy niż ma sąsiad. Nie musisz wstawać w nocy do dzieci, ale chcesz myśleć o sobie jako o troskliwym rodzicu. „Musisz”, bo inne działanie naruszałoby Twój obraz matki, ojca, męża, żony, pracownika. Byłoby wbrew Twoim zasadom, rozumieniu tego co wolno a co nie. Często nawet się nad tym nie zastanawiasz. Musisz.

Ps. Dyskusyjna pozostaje kwestia potrzeb fizjologicznych, choć jak ktoś nie chce, to sobie gumką zawiąże, kropelką zaklei, zaszyje. Konsekwencji wolę nawet nie rozważać, ale teoretycznie można…

Sprawdź

Zrób szybki test. Wybierz jedną rzecz, którą musisz, a która Cię frustruje. W pierwszym odruchu chciałem błagać, by odpuścić sobie „pójść do toalety po obiedzie”, ale po namyśle nie błagam. Każdy niech pracuje nad tym, co dla niego ważne. Więc wybierz jedną rzecz, którą musisz. Masz już? Zastanów się chwilę nad odpowiedziami na pytania: co ważnego zyskujesz dla siebie kiedy decydujesz się zrobić to co musisz. Co ważnego dla Ciebie będzie zagrożone jeżeli przestaniesz to robić?

Wiesz już czemu się zgadzasz?

Nic nie muszę, ale ma to swoje konsekwencje.

Dr Noni Hofner często mówi o tym, że wszyscy ludzie przychodzą do niej z jednym i tym samym problemem: droga terapeutko pomóż mi znaleźć rozwiązanie, które pozwoli mi zachować korzyści ze zmiany (lub tkwienia w obecnej sytuacji) ale usunie konsekwencje, których najbardziej się boję.

Możesz traktować to jak rozwojowe pitolenie, ale to, co robisz przez całe życie, to dokonujesz wyborów. Nawet kiedy wydaje Ci się, że musisz to też wybierasz. Jedne są łatwiejszych inne trudniejsze, bardziej lub mniej przemyślane. Czasem nawykowe. Unikanie wyboru, działanie „na głupola” też jest wyborem. Niby drobiazg. Zmiana w semantyce. Dla niektórych tylko zabawa słowna. Niesie jednak za sobą istotną różnicę: ułatwia nazwanie powodu, dla którego zgadzasz się robić to, co robisz i tak jak robisz (bo zgadzasz się skoro uznajesz, że musisz). A stąd krok do odzyskiwania decyzyjności, poczucia wpływu, ewentualnej decyzji o zmianie.

Czasami, to, że decydujesz, że coś musisz jest przejawem zdrowego rozsądku, bo większość z tych, którzy „nie musieli” poszła na dno. Czasem „muszenie” wynika z nawyków, przyzwyczajeń. Czasem lenistwa, pogodzenia się z tym, że to nie Twoje decyzje. Czasem wszystkiego po trochu. Nie da się nad tym zastanawiać bez przerwy, ale raz na jakiś czas warto. Szczególnie jak zaczynasz czuć, że co raz więcej z tego co robisz musisz i frustracja rośnie.

To tylko koncepcja

Znajdą się pewnie tacy, dla których to o czym napisałem wyda się zbyt banalne lub teoretyczne. I pewnie mają swoje racje. Sam się wkurzam, kiedy słyszę „nic nie muszę” jako usprawiedliwienie lenistwa, braku odpowiedzialności, głupoty. Dlatego postanowiłem podzielić się podejściem, które mi się sprawdza. Nie rozwiązuje wszystkich problemów życia, ale pozwala w mniejszym stopniu frustrować się tym, czym frustrować się moim zdaniem nie warto i skupiać się na odzyskiwaniu swobody tam gdzie mi na niej zależy. Bo ile można się wkurzać na to, że pada a ja akurat muszę iść do sklepu…

Uwolnić się od małych ludzików

Uwolnić się od małych ludzików

Chwytające za serce sentencje i opowieści niczym przypływy spływają na mnie regularnie przez FB. Niektóre całkiem oryginalne, zaskakujące, skłaniające do przemyślenia natury swojej relacji innymi. Inne podłączające się po prostu do modnego ostatnio nurtu: ignoruj tych, którzy Ci przeszkadzają, „bądź ponad to” itd.. Ostatnio fala wyrzucała na brzeg coś, co wiele osób uznało za złoto. Choć może tylko się świeci?

Opowieść

Zacznę od opowieści ponieważ nie wszyscy muszą ją znać, a warto wiedzieć o czym mowa. Całe szczęście jest krótka więc przytoczę ją dosłownie w wersji takiej, która najczęściej docierała do mnie w postach.

Jedynym ptakiem, który odważy się zblizyć do orła jest kruk. Siada na plecach i dziobie szyję. Orzeł jednak nie reaguje, ani nie walczy z krukiem; nie traci czasu ani energii. Po prostu rozwinie skrzydła i zaczyna wznosić się wyżej w niebiosach. Im wyższy lot, tym trudniej krukowi oddychać i spada z powodu braku tlenu. Przestań marnować czas na kruki. Wznieś je na swoje wyżyny, a one znikną…… Kiedy chcesz pozbyć się ” balastu „… podnieś ” poziom „. To jedyny sposób, aby uwolnić się od bezużytecznych i małych ludzików!!!

zaczerpnięte z wpisu użytkownika Thad Orl. Nie podano autora.

Daj sobie chwilę by zastanowić się nad jej sensem ( chociażby po to, żeby nie przyjmować na wiarę tego, co przeczytasz).

Już? To zapraszam Cię do mojej opowieści o tej opowieści. Przyznaję, że społeczny odbiór tej bajki mocno mnie zaskoczył. Do tego stopnia, że odbyłem kilka ciekawych rozmów. Bajka trafiła na podatny grunt. Rozmówcy mówili o dużym zmęczeniu wyborami, przepychankami z „idiotami” w pracy i życiu codziennym. Opowieść trafiła w tęsknotę za tym, by to wszystko dookoła nie dotykało ich tak bardzo. By jak ten orzeł móc nie przejmować się ludźmi dookoła. Nie dziwię się. Opowieść jest kusząca. Orzeł ma dobry PR, wolność, swobodę, te sprawy. Musi być dobry. Czy jednak na pewno tak jest?

Zacznijmy od końca.

Zacznę od końca, bo puenta oddaje stosunek autora do osób, które mogą być w jakiś sposób niewygodne. „To jedyny sposób, aby uwolnić się od bezużytecznych i małych ludzików!!!„. Stosunek bardzo popularny chociażby w dzisiejszej polityce (wiem, że wchodzę na grząski grunt, ale po twardym nie zawsze się da). Świetnie oddaje to jak „inteligencja” podchodziła przez lata do „ciemnego” społeczeństwa. Jeszcze lepiej to jak obecna władza traktuje „inteligencję” czy temat LGBT. To w skali makro. A w skali mikro? Ilu takich orłów chodzi w Twojej organizacji po korytarzach? Pewnych siebie, z wysokim współczynnikiem samozajebistości, dla których ludzie są tylko elementami układanki, którymi nie trzeba się specjalnie przejmować? Można mówić, że taki jest biznes, polityka, życie. Można, choć ja uważam, że biznes i polityka będą takimi jakimi pozwolimy im być, a tego rodzaju hasła rozwojowe nie sprzyjają dobrej koegzystencji.

Bajka niebajka

Sama bajka jest mieszanką wiedzy ornitologicznej popartej opiniami fachowców z wyobraźnią autora. Prawdziwe jest zdjęcie, również to, że krukowatym zdarza się czasem przysiąść na orle, a orzeł to ignoruje. Rozwiązanie problemu, choć wygląda na prawdziwe, niestety jest tworem fantazji autora mającym prowadzić do pożądanych przez niego wniosków. Najczęściej skutecznie, co nie powinno dziwić przy obecnej tendencji do flashowego czytania i udostępniania dalej bez zastanowienia nad tym, co się puszcza. Wracając do realiów i opinii ornitologów: skoro orzeł nie chce marnować energii na kruka, to tym bardziej nie będzie jej marnował na niepotrzebne wznoszenie. Będzie robił swoje. Najprawdopodobniej polował. Tylko to już nie brzmi tak dobrze jak „wznieś się na swoje wyżyny a one znikną” (kruki). W życiu „kruki” znikają i pojawiają się regularnie. Bardziej lub mniej cwane. Ciągłe podnoszenie poziomu spowoduje, że w końcu sam orzeł zacznie się dusić.

Z punktu widzenia wrony

Można spojrzeć na przekaz z jeszcze innej strony. Jaki może być powód, dla którego wrona (bo raczej wrona jest na zdjęciu) postanowiła skubać orła po karku. Oczywiście może być nieco trzepnięta i wymarzyła sobie orła jako przystawkę do wątróbki z lisa ( podobno chcieć to móc). Może również robić to dla sportu (co się podobno zdarza). Najprawdopodobniej jednak chroni gniazdo przed intruzem. Orła jednak to nie interesuje, pozbywa się wrony i dalej robi swoje. Koronę temu kto powie, kto jest w tym układzie jednoznacznie intruzem. W świecie zwierząt to naturalne. W biznesie powszechne (żaden z dużych dyskontów wchodzących na rynek nie rozczulał się nad losem małych sklepików), czy jednak zasadne w działaniach codziennych? Tak się zastanawiam jaki procent osób, które dzisiaj uważasz za „upierdliwe wrony” chcą im zatruć życie dla sportu, a ile na swój sposób chroni gniazda (nawet jeżeli ty przelatujesz obok tylko przypadkiem). I co z tego może wynikać w podejściu do relacji z nimi.

Jak wysoko?

Chodzi mi po głowie jeszcze jedna refleksja. Orzeł wzbijając się wyżej i wyżej, kiedy udusi już wszystkie wrony, kruki inne aktualnie bezużyteczne stworzenia, w końcu zostanie sam. Może to jeden z powodów tego, że tylu ludzi dzisiaj cierpi na samotność…

ps. Jeżeli nadepnąłem jakiemuś orłowi na ogon – przepraszam. Choć z drugiej strony – mógł latać wyżej….

Nic nie zastąpi myślenia.

Nic nie zastąpi myślenia.

Zgłasza się ich coraz więcej. Sfrustrowanych, zmęczonych, ze spadającą motywacją do podejmowania działań. najczęściej są to menedżerowie średniego szczebla z co najmniej kilkuletnim doświadczeniem zawodowym, choć nie tylko. Z doświadczeniem, bo świeżynki nakręcone jak króliczek Duracela wciąż wierzą w to, że kolejne szkolenie będzie złotym gralem. Ci starsi już podchodzą do tego z większym dystansem. Co raz mocniej dociera do nich, że tsunami danych (często sprzecznych), rywalizujących teorii i kierunków zamiast dawać narzędzia i podstawy do efektywnej pracy powodują coś wręcz przeciwnego – paraliż i zagubienie. Kogo słuchać? W co wierzyć? Co działa a co nie? 

I wcale się nie dziwię. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu mogli żyć w przekonaniu jedynych słusznych decyzji. Podstawowym źródłem wiedzy o zarządzaniu była własna firma, znajomi, rodzina + może 2-3 książki. Wskaźnikami efektywności były zadowolenie szefa, ludzi i własne. W dowolnej kolejności, bardzo subiektywnie rozumiane. Wyborów dokonywało się na bazie intuicji i doświadczenia, czasami trochę „w ciemno”. Jak działało, to się z tego korzystało, zmiany wdrażane były wolniej i w bardziej poukładany sposób.  Dzisiaj prawidłowych, wiodących podejść do zarządzania jest kilkadziesiąt, jeżeli nie kilkaset.  Mrowie modeli, teorii budowanych na podstawie wybiórczych danych. Coś gdzieś komuś się sprawdziło, ubrał to w model i opisał. Ktoś gdzieś kiedyś zbadał ileś przypadków ludzi skutecznych, nazwał co ich łączyło i… opisał. Często są to sensowne podejścia, uzasadnione to badaniami, psychologią, neurobiologią itd. Równie często nie, ale co raz trudniej wyłuskać te naprawę wartościowe. Koncepcji czemu tak się dzieje i jak temu zaradzić jest przynajmniej tyle samo, co modeli zarządzania.  Robi się trochę tak, jak przy stole w święta: „spróbuj szyneczki, wyśmienita wyszła. Bierz sałatkę, marchewka wyjątkowo słodka. I grzybki, koniecznie spróbuj grzybków. Schabowego jeszcze nie jadłeś?” Na początku rzucasz się na wszystko, a po chwili jedyne czego Ci się jeszcze chce,  to… (choć marchewka naprawdę słodka).

Ilość sprzecznych danych odnośnie tego, co działa a co nie, jak pracować z ludźmi jest tak duża, że może powodować paraliż decyzyjny. Cokolwiek nie zrobisz, jakiejkolwiek decyzji nie podejmiesz w zależności od punktu widzenia może być interpretowane jako dobre lub złe.  Przy mnogości analizowanych wskaźników jak na dłoni widać, że podciągasz jedno, inne spada, z jeszcze innym nie wiadomo co się dzieje. To, co przynosi efekty krótkoterminowe ma konsekwencje długoterminowe i odwrotnie, działania długoterminowe rzadko są widoczne na tu i teraz. Do tego niejednokrotnie wymagają korekt, bo w międzyczasie coś się zmieniło.

Jakby tego było mało, organizacje widząc to chcą ulżyć ciężkiej doli liderów, podpowiedzieć jak właściwie powinni wykonywać swoją pracę. Analizują trendy, dostępne rozwiązania, wybierają te, które najlepiej pasują w danym momencie do ich koncepcji. „W zeszłym roku wszystko podporządkowywaliśmy cięciu kosztów, ale w tym jesteśmy bardziej agile, w związku z tym już nie dokręcaj śruby tylko angażuj ludzi, pytaj o zdanie. Dostaniesz szkolenia jak to robić prawidłowo. Po prostu rób.

Nic dziwnego, że mając tyle „dobrych” i często sprzeczych podpowiedzi na co zwracać uwagę by być efektywnym, szczęśliwym, nagradzanym przez firmę, ludzie zaczynają się miotać pomiędzy wiarą w mądrość innych a zdrowym rozsądkiem. Cokolwiek nie zrobią zawsze kryje się za tym ryzyko.

Jak się w tym odnaleźć? 

Ojciec Antoniego Słonimskiego podobno powtarzał mu „Jeżeli nie wiesz, jak się zachować, zachowuj się przyzwoicie”.  Mam poczucie, że w obecnej sytuacji bardziej niż kiedykolwiek ważna staje się zdefiniowanie co oznacza dla mnie „przyzwoicie”, w zgodzie z wartościami. To bardzo pojemny zwrot. Zarówno z perspektywy działań biznesowych jak i relacji międzyludzkich. Warto go sobie zdefiniować to nie po to, by odbębnić kolejne ćwiczenie, ale po to, by skalibrować swój wewnętrzny kompas, który pomoże nam podejmować decyzje co wybierać. W pędzie za rozwojem i szlifowaniem doskonałością zbyt rzadko zadajemy sobie pytanie, które krawędzie chcemy szlifować. Szlifowanie wszystkich nie stworzy piękniejszego diamentu.

Rolą menedżera jest podejmowanie decyzji (bezrefleksyjne wykonywanie poleceń też jest Twoją decyzją) i radzenie sobie z ich konsekwencjami. Żadne szkolenie czy polecenie szefa nie zdejmie z Ciebie tej odpowiedzialności. Cokolwiek zrobisz prawdopodobnie jest w jakimś stopniu, z jakiejś perspektywy błędne. Szkolenia, narzędzia, teorie mogą poszerzyć spektrum Twoich zachowań, punktów widzenia, ale decyzja zawsze pozostaje Twoja. Warto się z tym pogodzić. Dlatego warto raz na jakiś czas usiąść i zastanowić się co chcesz budować. Co oznacza dla Ciebie dobry zespół, dobre relacje. Być może wtedy łatwiej będzie Ci świadomie dobierać narzędzia, dokonywać wyborów. Nie zawsze idealnych, nie zawsze najbardziej opłacalnych, ale takich, z którymi ze spokojem możesz patrzeć wieczorem w lustro. Których będzie Ci się chciało bronić. A potem kolejnych i kolejnych, weryfikując ich spójność z Twoim podejściem do życia, biznesu czy czegoś tam jeszcze. Pamiętając, że z jakiejś perspektywy, komuś mogą się nie podobać i będzie chciał to zmienić. 

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z czytelników taka odpowiedź to żadna odpowiedź. Jest mało oryginalna i oczywista (tak wiele razy to już słyszałem/słyszałam). Zgadzam się z nimi w pełni. 

A miało być tak pięknie…

A miało być tak pięknie…

Rozwój osobisty staje się co raz bardziej popularny a narzędzia wspierające dostępne są w praktycznie nieograniczonej ilości. Teoretycznie powinienem się tym cieszyć. Lubię, kiedy ludzie żyją w zgodzie ze sobą i innymi. Zarabiam na tym, że inni chcą się rozwijać, czemu więc coraz mocniej martwi mnie ten trend? Skąd to niepokojące wrażenie, że coś idzie nie w tym kierunku co trzeba? Spróbuję ująć to w kilku akapitach. Ale najpierw czekolada. 

Udowodnione jest, że czekolada pomaga na wiele sposobów. Poprawia nastrój, dodaje energii do działania. Uchodzi za jeden z najbardziej popularnych afrodyzjaków (glukoza, kofeina, teobromina i fenyloetyloamina – czysta uczta dla zmysłów). Wpływa pozytywnie na koncentrację (powyższe + magnez). Kto z Was nie dziabnął kiedyś kosteczki (lub 10) na poprawę nastroju? Wydawałoby się cud-malina. I tak jest, dopóki je się ją z rozsądkiem. W przeciwnym wypadku powoduje zaparcia, otyłość, prowadzi do uzależnienia. Może cudownie dodać energii zmęczonemu organizmowi podczas schodzenia ze szczytu, może też prowadzić do problemów trawiennych i otyłości kiedy używamy jej na każdy głód, zapominając o odpowiedniej diecie. Obawiam się, że co raz bardziej prosimy się o zatwardzenie w kwestii rozwoju. Setki poradników, artykułów, postów kuszących przyjemnymi, szybkimi rozwiązaniami, pełnych chwytliwych haseł, sloganów. Często z najlepszą intencją. A efekty?

Jesteś wyjątkowy.

Głęboko wierzę, że każdy jest wyjątkowy. Sama możliwość dopuszczenia takiej myśli do głowy u niektórych osób potrafi uruchomić lawinę pozytywnych zmian. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś w to wierzy i na tym poprzestaje. Z dnia na dzień nabiera przekonania, że jest wybitnym fachowcem, elokwentnym mówcą, doskonałą partią, nijak nie weryfikując tego z rzeczywistością. W efekcie staje się co raz bardziej wyjątkowym… ignorantem, leniem lub frustratem, kiedy życie co i rusz pokazuje, że z tą wyjątkowością nie jest tak jak myśli. Czasami siedzą w autobusie takie osoby przy których nikt inny nie siada w promieniu 10 krzeseł. Też jest w nich coś wyjątkowego.  W „byciu wyjątkowym” kluczem nie jest samo uwierzenie (choć czasami jest niezbędne do rozpoczęcia procesu) ale zbudowanie puli doświadczeń adekwatnych do środowiska, w którym dana osoba funkcjonuje. Na bazie przeramowania historii lub systematycznej pracy na przyszłość. Najlepiej jednego i drugiego. 

Jesteś ważny

Przekonanie istotne z perspektywy budowania umiejętności dbania o siebie min. u osób mających tendencję do poświęcania się, umniejszania sobie. Nauczonych stawiania innych na pierwszym miejscu. Niestety puszczone w eter równie skutecznie pompuje ego tych, którzy lubią czuć się ważni. Jak rzucisz na stół mięcho na imprezie kto go najwięcej opędzluje? Ci co lubią mięcho. Nie dziwmy się, że w efekcie poziom egocentryzmu, poczucia samozajebistości i pępkowania światu rośnie.

Możesz wszystko 

Nie możesz i już. Przynajmniej nie dzisiaj. Temu tematowi poświęciłem cały artykuł. Do przeczytania tutaj.  

Nic nie musisz.

Dobrze, kiedy człowiek zaczyna poszerzać spektrum sytuacji w których ma wybór. Niejednokrotnie trudny, niosący za sobą bardzo poważne konsekwencje, ale ma. Odzyskuje swoją sprawczość budując umiejętność przyjmowania konsekwencji za nią stojących. Niestety, wzmianka o konsekwencjach rzadko jest dopisywana w poradnikach, więc ludzie uznają, że jej nie ma. Nie muszą przychodzić na spotkania, być lojalni, pracowici, wkładać wysiłek itd. Chodzą pogłoski, że specjalizuje się w tym młodzież odpowiednio przygotowana przez rozwijających się rodziców, ale nie wiem, czy wierzyłbym pogłoskom. 

Myśl pozytywnie

Znam wiele osób, które w cudowny sposób zarażają optymizmem i umiejętnością znajdowania pozytywów w najczarniejszym scenariuszu. To istotne – znajdowaniem pozytywów a nie wypieraniem ze świadomości niewygodnej rzeczywistości. Przymuszanie się do myślenia „jacy mili chłopcy, pomogli mi wysiąść z auta” w trakcie, gdy kradną Twój samochód ma wątpliwą wartość przystosowawczą, choć ewidentnie utrzymuje w dobrym nastroju. Przynajmniej przez jakiś czas. W tym samym worku dla mnie leży wiara, że „będzie dobrze”. Wspaniałe podejście, jeżeli motywuje Cię do zakasania rękawów i brania się do roboty, żeby było dobrze. Gorzej, jeżeli wierzysz, że będzie dobrze, w związku z tym nic nie musisz robić, zmieniać. 

To tylko kilka przykładów różnych efektów całkiem sensownych idei rozwojowych. Niezależnie od tego, że wartościowałem zachowania, oceniając je – wnioski zostawiam Tobie. 

Wracając do czekolady.  Wspominałem, że jest uznanym afrodyzjakiem. Głupotą byłoby jednak oczekiwać, że laski będą na Ciebie lecieć tylko dla tego, że masz wiadro czekolady. 

To co? Po kosteczce? 

O głodzie miłości i łatwych rozwiązaniach.

Dagmara Seliga w jednym ze swoich postów napisała „Eh, jak to właściwie jest z tą miłością do siebie… gazety się rozpisują – pokochaj siebie a będziesz szczęśliwa, pełno kursów i warsztatów jak być dla siebie dobrą, gabinety terapeutów i coachów pękają w szwach a mimo to, wciąż w nas głód miłości i akceptacji…”. Serdecznie pozdrawiam Dagmarę i dziękuję, że zainspirowała mnie do napisania słów kilku.

To, że głód jest – to akurat dobrze. Zwierze głodne szuka, kombinuje, testuje, smakuje, zwiększa swoje możliwości. Na razie zostawiam na boku kwestię czy jest chronicznie niedożywione, na granicy wycieńczenia, czy  dobrze utuczone, ale wciąż mu mało, czy po prostu nie zjadło tyle by być syte. Z jakiś powodów jest głodne. Chce być syte. Uczenie się na własnych błędach jakoś słabo idzie, nic więc dziwnego, że szuka rozwiązań u  innych, bardziej doświadczonych w temacie. Sięga więc do mądrych książek, pomocy coachów, trenerów

Poradniki, artykuły, pracę z coachem wiele osób postrzega jako: gwarancję sytości, łatwych rozwiązań, uniknięcia wysiłku, błędów.

Niejednokrotnie słusznie. Bo skąd się biorą  poradniki? Z doświadczeń innych osób, z badań, statystyk, studium przypadku, czasami niczym nie popartych przekonań autora, lub sloganów, które akurat dobrze się sprzedają. Najczęściej z mieszaniny tych rzeczy, w różnych proporcjach. Przy okazji obiecują, że zaakceptujesz siebie, poprawisz relacje z innymi. Że metoda jest łatwa, kroki proste i niezawodne, co już nie musi być prawdą. Najczęściej jest pół(ćwierć)prawdą, lub kiedyś, gdzieś, z jakąś prawdą chodziło za rękę. Czemu?

  1. Nie każda kuchnia musi nam smakować. To co u jednych wywoła jęk zachwytu u innych skończy się alergią, sraczką lub czymś jeszcze gorszym. I nie zawsze rozpoznasz to po opisie. Czasami człowiek naje się świństwa zanim odnajdzie to co lubi. To że smakowało coś jakiemuś kucharzowi, nie gwarantuje, że zasmakuje nam. A nawet jeżeli to i tak nie mamy pewności, że nauczymy się to dobrze gotować.
  2. Nawet jak znajdziemy książkę z przepisami, które teoretycznie nam smakują – nie oszukujmy się od przeczytania jej – bardziej syci nie będziemy. Zjedzenie albumu ze zdjęciami steków, raczej nie zaspokoi naszego głodu w oczekiwany sposób.

Problemem jest nie tylko to, na ile poradnik jest dobry, ale również to, z jakim nastawieniem po niego sięgasz. Jeżeli liczysz, że rozwiąże Twoje problemy, odwali za Ciebie robotę, da Ci gwarancję na cokolwiek – no cóż – właśnie zaczynasz fundować sobie frustrację. Oczywiście zwiększysz swoją wiedzę, zasób mądrych zwrotów. Czy coś więcej? To już bardziej zależy od Twojej gotowości do doświadczania i umiejętności wyciągania wniosków niż od poradnika. Co więcej, to co jest odpowiedzią dzisiaj, jutro może być już mocno nieaktualne. W trakcie dojrzewania, starzenia się, może zmienić się też Twoje postrzeganie miłości. Prawdopodobnie będzie towarzyszyć Ci w tym wiara, niepewność, ciekawość, emocje i odrobina głodu. Głód jest ważny. Jak się napasiesz w święta to nawet babcine pierogi kuszą jakby mniej.

Oczywiście można to też tłumaczyć prościej – miłość i samoakceptacja jest stanem bardzo przyjemnym. Toż to orgazm, spełnienie. Nic dziwnego, że ludzie, podobnie jak z używkami – chcą więcej i więcej.