Joanna Andryszczak-Lewandowska

Joanna Andryszczak-Lewandowska

Katiusza – skuteczna, dalekosiężna, błyskawicznie działająca wyrzutnia rakietowa. „Używano jej do przełamania frontu w szczególnie ważnych kierunkach natarcia”. To właśnie wyświetla mi mój wewnętrzny mózg, kiedy słyszy „Norbert Grzybek”. Jako trener i coach – efektywny, autentyczny. Umie słuchać. Mówi prawdę, nawet jeśli trudna. Odważny. To była, jest i będzie (mam nadzieję) przyjemność uczyć się od niego i u jego boku.

Joanna Andryszczak-Lewandowska, coach, trener i mentor, https://www.silasluchania.pl/

Monika Dąbrowska

Monika Dąbrowska

Kiedy myślę o tym jak Norbert pracuje na sali szkoleniowej, jak mi się z nim współpracowało przy różnych projektach, jak się czułam jako uczestnik jego warsztatów albo jak to jest, kiedy siedzimy i gadamy przy kawie, to jako główny mianownik wszystkich doświadczeń pojawia się jedno słowo – autentyczność. 
Cenię u Norberta jego pokorę, poczucie humoru, niezwykłą uważność – to ogromna wartość, którą wnosi do kontaktu z drugim człowiekiem. Bez względu na to jaki ma charakter spotkanie z Norbertem, to on zawsze jest na nim naprawdę obecny. Tu i teraz. W pracy indywidualnej czy podczas warsztatów stwarza takie warunki, że można bezpiecznie doświadczać tego z czym nam trudno czy niewygodnie. 
Norbert nie wie lepiej, a na większość pytań prawdopodobnie odpowie „to zależy”. Jego postawa, pełna życzliwości i akceptacji, pozawala na uruchomienie zmiany. Można powiedzieć, że Norbert pomaga bezpiecznie wypłynąć z portu, ale nie obiecuje cudownych warunków pogodowych, a nawet otwarcie mówi, że trzeba się liczyć z możliwym sztormem. Nie jest nawigatorem, kapitanem, a często nawet nie postawi stopy na naszym pokładzie  – bo to nasz pokład. Dzięki spotkaniu z Norbertem możemy być pewni, że nie wiadomo czy mamy ze sobą wszystko, ale mamy odwagę aby ruszyć w podróż.

Monika Dąbrowska

Wojciech Olearnik

Wojciech Olearnik

Z Norbertem miałem przyjemność współpracować kilkakrotnie. Niezwykle cenię jego twórcze i oryginalne podejście do sytuacji z którymi każdy spotkał lub spotka się w swojej menedżerskiej pracy. Współpraca z nim inspiruje i zmusza do myślenia oraz refleksji. Jeśli ktoś chce przyjechać na jego szkolenie i swoją aktywność ograniczyć wyłącznie do obecności- nie polecam. Szkolenia Norberta to takie wydarzenia  w których nie powinno się być dla frekwencji a siebie i swoich ludzi!

Gdy jedno ze szkoleń dla mnie i moich menedżerów miało być współprowadzone przez Norberta, postanowiłem przez całe 2 dni nie otwierać się przed swoim zespołem w kwestii mojej oceny Norberta, jego pracy, kompetencji, sposobu prowadzenia, moderowania naszego spotkania itd. Z racji, że wszyscy jechaliśmy razem, jednym busem, w drodze  powrotnej otworzyłem rozmowę nt. szkolenia w którym uczestniczyliśmy, ich wrażeń, ich wniosków oraz opinii nt. prowadzących. Jedna z ocen szczególnie zapadła mi w pamięć- dość dobrze podsumowując opinie, które wówczas pojawiały się: chciałabym aby już wszystkie nasze szkolenia prowadził Norbert.

Czasem dobrze jest coś powiedzieć do Norberta. Nie odpowie, ale zada pytanie. I  już nie musi padać żadna odpowiedź z jego strony- ta pojawia się samodzielnie w Tobie. I jest Twoją własną, celną odpowiedzią.

Wojciech Olearnik, Getin Bank, Dyrektor Regionu

Ogarnąć home office : po co coaching cz.1

Ogarnąć home office : po co coaching cz.1

Coachingiem zajmuję się od lat, a mimo to na pytanie czym on jest wciąż nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć bez uciekania się do niewiele mówiących zwrotów o towarzyszeniu, pytaniu, psychologicznym procesie rozwojowym itd. Oczywiście każda znacząca organizacja ma jakąś swoją definicję coachingu, ale jest ona mniej więcej tak precyzyjna jak stwierdzenie, ze człowiekiem jest istota urodzona na ziemi. Dlatego opisując coaching wolę trzymać się przykładów zastosowania i możliwych efektów. Poniżej jeden z nich.

Grono osób przemęczonych rośnie. U wielu osób pracujących zdalnie dzień to nieustające mieszanie się zadań domowych z biznesowymi. Od 6 rano do późna w nocy. Klasyczny ośmiogodzinny dzień pracy jest teorią. Szczególnie dla tych, którzy są zaangażowani w swoją pracę. 

Powodów może być wiele. Strata punktu odniesienia jakim było wejście do biura i wyjście z niego (nawet jeżeli komuś zdarzało się pracować z domu). Menedżerowie wraz z brakiem możliwości patrzenia ile człowiek siedzi za biurkiem jakby stracili umiejętność szacowania, ile dana praca zajmuje i wrzucają zadania nadmiarowo. Z jakiś powodów zajechanie człowieka w trudnych czasach traktują jako mniej groźne od niedoszacowania jego możliwości. Pracownicy, nieprzyzwyczajeni do zadaniowego rozliczania nie do końca wiedzą jak się do tego odnieść. Małymi lub większymi krokami naciągają granice swoich możliwości, udowadniając, że da się. Do tego dochodzi ambicja („Ja nie dam rady?”). Wydaje się, że inni dają radę to ja też muszę (kluczowym zwrotem jest tu „wydaje się” ). Strach przed stratą pracy, byciem tym (tą) który/a się nie przystosował/a w nowym systemie pracy. Znaczy się głupszy, mniej elastyczny. Frustracja rośnie. Stres rośnie. Poczucie bezradności. I świadomość, że jak czegoś nie zmienię, to długo nie pociągnę. 

Niektórzy próbują zmienić pracę, co często niewiele zmienia. Inni grzebią w poradnikach, webinarach. Tutaj podpowiedzi jest wiele. Bądź bardziej mindfulness, zwiększ asertywność, lepiej planuj czas, improwizuj, zapisuj zadania i to, ile Ci zajęły, otaczaj się tylko ludźmi, którzy Cię wzmacniają, pracuj na silnych stronach, ucz się, rozwijaj, stosuj techniki relaksacyjne, znajdź w sobie dziecko itd. Metody w samym swoim założeniu całkiem sensowne i uzasadnione. Z pewnością wielu osobom pomogły. W Twoim przypadku jednak, nawet jeżeli przynoszą ulgę, pozwalają łapać oddech, nie rozwiązują jednak problemu. Asertywność jest fajna, ale szefowi nie odmówię, bo boję się, że stracę pracę. Kolegów z pracy nie wybieram. Silne strony super, ale nie ja wyznaczam sobie zadania. Każda zmiana niesie za sobą ryzyko. Utrata pracy, relacji, jeszcze większy wysiłek i brak gwarancji sukcesu czy co tam jeszcze wymyślisz. A frustracja i stres rosną. Poczucie bezradności też. I świadomość, że jak czegoś nie zmienię, to długo nie pociągnę. 

Całkiem często w życiu jest tak, że brak jednoznacznie dobrego rozwiązania. Stajemy w miejscu, w którym każdy wybór, każda zmiana, niesie za sobą możliwość konsekwencji, których zdecydowanie nie chcemy. Robimy coraz więcej tego, co i tak nie przynosi efektów ( żeby mieć poczucie, że w ogóle coś robimy) i czujemy się coraz bardziej tym zmęczeni. Wtedy właśnie może przydać się proces coachingowy. 

Dobry proces coachingowy pomaga podjąć decyzję co dalej i wytrwać w niej. Powala nazwać w imię czego chcesz ją podjąć. Może ułatwić Ci wypracowanie najlepszej dla Ciebie metody pracy w nowych warunkach. Pomóc zdefiniować granice, sposób komunikacji z szefem, współpracownikami, rodziną, sobą samym/samą. Czasem będzie to zmiana fundamentalna, czasem na poziomie detali, które robią różnicę. Czasem nic nie zmienisz poza swoim nastawieniem. Nie mam bladego pojęcia czy będzie to bardziej mindfulness, asertywne, poukładane czy improwizacyjne. Z pewnością bardziej Twoje, z większą świadomością korzyści, konsekwencji i determinacją do realizacji.

ps.

O coachingu warto pomyśleć nie dlatego, że coś z nami jest nie tak, tylko, dlatego, że jeszcze wszystko jest w porządku i chcemy, by tak było dalej. 

Ile ja muszę…

Ile ja muszę…

Czuję się co raz bardziej ubezwłasnowolniony. Pracą, kredytami, rutynami domowymi, oczekiwaniami ze strony szefa, rodziny, znajomych. Często niewypowiedzianymi, wiem jednak że muszę się do nich dopasować żeby jakoś żyć, gdzieś pasować. Muszę to, muszę tamto. Słyszę to na tyle często, że powróciłem do materiału, który zacząłem pisać jakiś czas temu…

Wiara

Głęboko wierzę, że nie muszę, że to co robię jest kwestią wyboru. Czasami pomiędzy kilkoma równie nieciekawymi rozwiązaniami, ale zawsze wyboru. Wiem, brzmi to jak chwytliwe hasło rozwojowe, do tego mało wiarygodne, ale już tłumaczę co w moim rozumieniu za nim stoi. Sprawdź, czy w Twoimi również.

Co musisz? Uśmiechać się do klientów? Przytakiwać szefowi? Chodzić do pracy codziennie? Daj spokój. Tyle ludzi nie chodzi, bo im się nie chce – wystarczą im dwa piwka z rana i świat staje się piękniejszy. Nie musisz chodzić do tej roboty, ale chodzisz, bo wizja szukania nowej jest bardziej przerażająca. Nie musisz słuchać szefa, który Cię łaja, ale wolisz to, od ryzyka konfrontacji. Nie musisz pracować po nocach, ale poświęcasz się dla utrzymania wizerunku lub zarobków. W sumie zarabiać też nie musisz. Możesz być na garnuszku rodziny, żywić się resztkami, znaleźć bogatego partnera itd., wolisz jednak zarabiać, bo chcesz wieść życie zgodne z jakimś wzorcem. Z podobnego powodu „musisz” znosić to, że on przychodzi kolejny raz zachlany do domu, albo to, że ona traktuje Cię jak śmiecia, bo nie stać Was na samochód lepszy niż ma sąsiad. Nie musisz wstawać w nocy do dzieci, ale chcesz myśleć o sobie jako o troskliwym rodzicu. „Musisz”, bo inne działanie naruszałoby Twój obraz matki, ojca, męża, żony, pracownika. Byłoby wbrew Twoim zasadom, rozumieniu tego co wolno a co nie. Często nawet się nad tym nie zastanawiasz. Musisz.

Ps. Dyskusyjna pozostaje kwestia potrzeb fizjologicznych, choć jak ktoś nie chce, to sobie gumką zawiąże, kropelką zaklei, zaszyje. Konsekwencji wolę nawet nie rozważać, ale teoretycznie można…

Sprawdź

Zrób szybki test. Wybierz jedną rzecz, którą musisz, a która Cię frustruje. W pierwszym odruchu chciałem błagać, by odpuścić sobie „pójść do toalety po obiedzie”, ale po namyśle nie błagam. Każdy niech pracuje nad tym, co dla niego ważne. Więc wybierz jedną rzecz, którą musisz. Masz już? Zastanów się chwilę nad odpowiedziami na pytania: co ważnego zyskujesz dla siebie kiedy decydujesz się zrobić to co musisz. Co ważnego dla Ciebie będzie zagrożone jeżeli przestaniesz to robić?

Wiesz już czemu się zgadzasz?

Nic nie muszę, ale ma to swoje konsekwencje.

Dr Noni Hofner często mówi o tym, że wszyscy ludzie przychodzą do niej z jednym i tym samym problemem: droga terapeutko pomóż mi znaleźć rozwiązanie, które pozwoli mi zachować korzyści ze zmiany (lub tkwienia w obecnej sytuacji) ale usunie konsekwencje, których najbardziej się boję.

Możesz traktować to jak rozwojowe pitolenie, ale to, co robisz przez całe życie, to dokonujesz wyborów. Nawet kiedy wydaje Ci się, że musisz to też wybierasz. Jedne są łatwiejszych inne trudniejsze, bardziej lub mniej przemyślane. Czasem nawykowe. Unikanie wyboru, działanie „na głupola” też jest wyborem. Niby drobiazg. Zmiana w semantyce. Dla niektórych tylko zabawa słowna. Niesie jednak za sobą istotną różnicę: ułatwia nazwanie powodu, dla którego zgadzasz się robić to, co robisz i tak jak robisz (bo zgadzasz się skoro uznajesz, że musisz). A stąd krok do odzyskiwania decyzyjności, poczucia wpływu, ewentualnej decyzji o zmianie.

Czasami, to, że decydujesz, że coś musisz jest przejawem zdrowego rozsądku, bo większość z tych, którzy „nie musieli” poszła na dno. Czasem „muszenie” wynika z nawyków, przyzwyczajeń. Czasem lenistwa, pogodzenia się z tym, że to nie Twoje decyzje. Czasem wszystkiego po trochu. Nie da się nad tym zastanawiać bez przerwy, ale raz na jakiś czas warto. Szczególnie jak zaczynasz czuć, że co raz więcej z tego co robisz musisz i frustracja rośnie.

To tylko koncepcja

Znajdą się pewnie tacy, dla których to o czym napisałem wyda się zbyt banalne lub teoretyczne. I pewnie mają swoje racje. Sam się wkurzam, kiedy słyszę „nic nie muszę” jako usprawiedliwienie lenistwa, braku odpowiedzialności, głupoty. Dlatego postanowiłem podzielić się podejściem, które mi się sprawdza. Nie rozwiązuje wszystkich problemów życia, ale pozwala w mniejszym stopniu frustrować się tym, czym frustrować się moim zdaniem nie warto i skupiać się na odzyskiwaniu swobody tam gdzie mi na niej zależy. Bo ile można się wkurzać na to, że pada a ja akurat muszę iść do sklepu…